środa, 23 września 2015

Słodki coming out

Długo myślałam o tym, czy tutaj podzielić się ważną sprawą dla mnie. Czy odkryć moją wielką wadę przed nieznajomymi osobami? Zmienić postrzeganie (moich znajomych, którym nie powiedziałam osobiście, bo się wstydziłam) mojej osoby w sposób, którego nie jestem w stanie przewidzieć. Zdecydowałam, że sprawa jest na tyle poważna, że jednak warto o niej mówić otwarcie. Zatem czas na mój słodki coming out: 
Rok temu zdiagnozowano u mnie cukrzycę typu 1, czyli insulinozależną.


Jak to się zaczęło
Całe życie nie dolegały mi żadne choroby przewlekłe. Aż do czasu... 

W 2014 często czułam się osowiała, zmęczona, szybko wpadałam w stan rozdrażnienia, złości. Myślałam, że to kwestia niewyspania związana z budzeniem się w nocy do małego dziecka. Ale kiedy zmęczenie się nasilało, a nocy przespanych przez moją córkę było coraz więcej zrozumiałam, że to pewnie cukrzyca. Wcześniej miałam cukrzycę ciążową i dlatego skojarzyłam fakty. Poszłam do internisty i poprosiłam o zrobienie odpowiednich badań. Oznaczało to zrobienie podstawowej morfologii, w tym poziom glukozy na czczo oraz wykonanie testu obciążenia glukozą 75 g. Wyniki było zgodne z moimi przypuszczeniami - wskazywały na cukrzycę. 
Na początku wyniki obejrzał internista, aby dać mi jednoznaczne wskazówki, że "najwyższa pora na wizytę u diabetologa, a do czasu wizyty mam stosować zasady ostrej diety, bo jestem w niebezpieczeństwie". Już wtedy usłyszałam, że czeka mnie przyjmowanie insuliny. Nie to chciałam usłyszeć. Były to złe wieści, bo spodziewałam się, że będę przyjmować tabletki i tyle. Moje babcie na starość miały cukrzycę i przyjmowały tabletki. Nie rozumiałam, czemu w przypadku mnie młodej, sprawnej fizycznie, zdrowo się odżywiającej miałoby być inaczej.
Rozmowa z diabetologiem niestety potwierdziła słowa internisty. Dostałam swój zestaw penów oraz receptę na insulinę. Diabetolog dała mi krótki instruktaż, jak i kiedy wstrzykiwać insulinę. Od internisty dostałam zwolnienie z pracy na trzy tygodnie, aby nauczyć się nowego stylu życia. Od tego czasu każdego dnia nie rozstaję się z moim zestawem cukrzyka: penem z insuliną i glukometrem. Każdego dnia 5-6 razy podaję przed posiłkami insulinę, a cukier mierzę za pomocą glukometru dwa razy tyle. Każdego dnia planuję swoje aktywności i przewiduję zapotrzebowanie na insulinę zależnie od diety. Następnie muszę konsekwentnie pilnować zegarka, żeby wszystko dobrze przebiegło - metabolizm żywności i insuliny współgrał, a poziom glukozy mieścił w normach.

Co było przyczyną
Przez kilka miesięcy ciężko było mi pogodzić się z chorobą. Zadawałam sobie różne pytania. Pierwsze to: czym zawiniłam - czy jakoś zaniedbałam swój organizm. Od zawsze nie miałam problemów z utrzymaniem prawidłowej wagi. Więc otyłość jako powód odpadła. Drugie pytanie to rozliczenie, czy jadłam dużo słodyczy. Sądzę, że nie dużo. Na pewno często, bo prawie codziennie, ale nigdy nie wydawało mi się, że dużo, bo np. na studiach czy w pracy jeden baton, a weekend jakieś 20 dkg ciastek. Teraz wiem, że cukier przyswajałam także w napojach gazowanych, jogurtach, "zdrowych" chrupkach śniadaniowych itd. Ale i tak uważam, że moja dieta nigdy nie była skandaliczna i to nie ona doprowadziła do choroby. Od zawsze w moim życiu ważną rolę stanowił ruch. Korzystam z komunikacji miejskiej, więc nawet jak nie chodzę regularnie na fitness, nie biegam zimą, to i tak minimum wysiłku fizycznego dostarczam swojemu organizmowi cały rok. Tak więc podłoże mojej choroby jest gdzieś indziej niż w moim zaniedbaniu, które kojarzy się jako podstawowa przyczyna cukrzycy.

Co dalej
Wiem, że sama z siebie choroba nie zniknie. Mój organizm produkuje coraz mniej insuliny i dlatego muszę ją mu dostarczać. Staram się w pełni zaakceptować chorobę i korzystać z życia, jak zdrowy człowiek znając swoje ograniczenia. Mam nadzieję, że medycyna pójdzie na przód i kiedyś nie będę musiała tyle myśleć i robić przy swojej chorobie.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...