niedziela, 2 sierpnia 2015

#Insta czerwiec&lipiec 2015

No to czas na podsumowanie ostatnich tygodni wakacji. Na koniec czerwca nie było podsumowania, a szkoda, bo w czerwcu działy się całkiem miłe rzeczy. Nie chwaliłam się tutaj, ale byłyśmy na Orange Warsaw Festiwal. Piszę, że byłyśmy, bo skład był żeński i wielopokoleniowy. Nasza ekipa festiwalowa była nietypowa, bo zawierała: moją córkę i jej babcię i najbliższą ciocię, no i mnie (rzecz jasna!).


Na miejscu w czasie OWF oczywiście zrobiłam tylko jedno zdjęcie na koniec koncertu Hey!. I oczywiście nic na nim nie widać, bo koncert był w ciemnym, aczkolwiek klimatycznym namiocie.

W czerwcu byliśmy na wakacjach, czym się już chwaliłam tutaj. Z wakacji na Instagramie nie ma ani jednego zdjęcia. Jest to wynik tego, że zapomniałam włączyć roaming i przez to nie używałam w ogóle telefonu. Nie zrobiłam ani jednego zdjęcia moją komórką. Na aparat fotograficzny też byłam długo obrażona. Na szczęście po tygodniu się opamiętałam i kilka fajnych ujęć do prywatnego albumu mamy. Tak nam minął czerwiec.


Jednym z postanowień wakacyjnych było to, że będziemy kontynuować pływanie. W czasie wyjazdu codziennie chodziliśmy na basen, aby nasza córka miała kontakt z wodą i innymi dziećmi, a także sami uwielbiamy pływać. Pod hasłem pływanie też kryje się drugi sens: kontynuacja nauki pływania na windsurfingu. I tak oto rozpoczęliśmy lipiec - dwa weekendy pod rząd spędziliśmy w Warszawie, ale aktywnie i to w wodzie. Jak już wiecie z poprzedniego wpisu i z Insta to byliśmy nad Zegrzem, gdzie mąż szlifował swoje umiejętności surferskie. Niestety różnica pomiędzy wiatrem na Fuercie, a nad podwarszawskim jeziorku jest kolosalna. Pierwsza wizyta w Białobrzegach była srogą nauczką, że w polskich warunkach zawsze należy sprawdzić pogodę, a szczególnie wiatr zanim człowiek zacznie się pakować. Kolejnym raz wiatr był łaskawy i mąż świetnie się bawił doskonaląc technikę. Niestety w kolejnych tygodniach pogoda była idealna na rowerek wodny, czy inne sporty nie wymagające pary w żagle. Postanowienie, co do pływania ziściło się także w innym, indoorowym wydaniu - udało nam się trafić dwa razy na Warszawiankę. Tu bardziej się skupialiśmy na krzewieniu radości z kontaktu z wodą u naszej latorośli. Niestety to ciągle my-rodzice bardziej się cieszymy z wizyty na basenie niż córka. Ale co tam...kiedyś przecież będzie na odwrót.

Końcówka lipca była mniej przyjemna, bo Małą złapała infekcja, a nawet dwie. Miała zapalenie gardła i zapalenie jamy ustnej. To drugie to jakaś masakra. Objawy, które towarzyszyły nam ponad tydzień to: wysoka gorączka, bolesne bąble w całej jamie ustnej, spuchnięte, podrażnione i krwawiące dziąsła. Mała prawie, że nie jadła i nie piła. Przez tydzień nie mówiła. Jaki szok wczoraj przeżyłam, gdy znowu usłyszałam jej głos! Zapomniałam, jak pięknie mówi (po swojemu, ale pięknie!). Przez przypadek pobyt w domu z chorym dzieckiem umiliła nam kilkudniowa wizyta małego gościa. Otóż dostaliśmy pod opiekę małą świnkę morską. Małą, bo ma dopiero 3 miesiące (chociaż właścicielka podejrzewa, że raczej 6, ale to i tak świński nastolatek). Jest połączeniem świnki długowłosej z rozetką, stąd cudowna rozwichrzona fryzura. Świnka okazała się mieć cudowny charakter pasujący do naszego domu, bo jest małym wariatem :) 


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...